VII Rajd Rowerowy wzdłuż Błękitnej Wstęgi Sanu 26-28 czerwca 2015 r.

2016-02-02

Tym razem jesteśmy znów w bieszczadzkich klimatach, choć do prawdziwych Bieszczad jest jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Mamy zakwaterowanie w Tyrawie Solnej nad Sanem, kilkanaście kilometrów od Sanoka. Ośrodek w którym mieszkamy położony jest na zboczu góry – Diabelskiej Góry – od której to pochodzi jego nazwa. Z okien domków rozpościera się widok na San, leżący po jego przeciwnej stronie Mrzygłód i most, który daje znać o sobie głośnym klekotem, gdy tylko przejeżdża po nim samochód. W planie mamy przejazd pętlą wzdłuż Sanu, w kierunku Dynowa, przewodniki piszą o Błękitnej Wstędze Sanu, ale rzeka jest tak naprawdę zielona.

 

Bezpieczeństwo i higiena pracy w gazownictwie to przewodnia tematyka prezentacji

 

Rajd tradycyjnie rozpoczyna się w piątek kolacją, a potem mamy referaty z zakresu gazownictwa i spotkanie z miejscowym przewodnikiem i fotografem, który prezentuje nam swoją kolekcję zdjęć z najbliższych okolic. Przewodnia tematyka prezentacji to bezpieczeństwo i higiena pracy w gazownictwie. Referat, który wygłasza koleżanka Elżbieta Rybak-Wilusz ujmuje temat od strony teorii i statystyki, natomiast kolega Andrzej Nieć skupia się na zagadnieniach związanych z praktyką. Natomiast kol. Piotr Przywara zaznajamia nas z elektronicznym biurem obsługi klienta e-bok.

 

Na rowerach i pieszo wyruszamy poznawać bieszczadzkie zakątki

 

Nazajutrz, po śniadaniu, wyruszają dwie grupy: jedna piesza z przewodnikiem na trasę po okolicznych wzgórzach i leśnych drogach, druga rowerowa wzdłuż Sanu. Rowerzystów już na pierwszych metrach trasy zaczynają prześladować przysłowiowe „kapcie”, na szczęście mamy dętki i łatki, zatem sytuację udaje się opanować. Mijamy Mrzygłód i w pobliskiej Hłomczy zbaczamy nieco z trasy by obejrzeć zabytkową, wciąż czynną cerkiew. Od cerkwi zaczyna się jedyny prawdziwy podjazd na całej trasie rajdu, nie jest zbyt długi, bo ok. 1,5 km, ale „kapcie” znów dają znać o sobie. Ze szczytu karkołomny zjazd prowadzi przez las, po bardzo wyboistej drodze z płyt drogowych – wreszcie asfaltem docieramy do brzegów Sanu w miejscu zwanym „Ptasim Uskokiem”. Jest to bardzo wartki i skalisty odcinek rzeki, pełen poprzecznych progów, przez które przelewa się woda. Oglądamy go z przydrożnego parkingu znajdującego się kilka metrów nad wodą. Wówczas do naszej grupy podchodzi pewien mężczyzna, który informuje nas o jadącym z przeciwka innym rajdzie rowerowym, na który mamy rzekomo uważać, aby nie doszło do kraksy…

 

Policyjna eskorta przez kilkanaście kilometrów

 

Jednocześnie na parkingu pojawia się samochód policyjny, jak się domyślamy zabezpieczenie tego rajdu. I wówczas następuje rzecz tajemnicza: ruszamy dalej szosą wzdłuż rzeki, a za nami jedzie ów radiowóz, wyraźnie zabezpieczając nasze tyły. Dzieje się tak przez następne kilkanaście kilometrów, aż do kładki we wsi Wara. Jest to całkiem miłe mieć eskortę, ale panu policjantowi wyraźnie coś się pomyliło. Kładka na Sanie jest przeznaczona tylko dla pieszych, więc eskorta zostaje na drugim brzegu, konkurencyjnego rajdu nie widać. Od tej kładki zaczyna się nasza jazda w górę rzeki, a więc droga powrotna. Jedziemy terenami, które wyraźnie doświadczyły „Akcji Wisła” w latach powojennych – z tej strony Sanu przed II wojną wsie były zamieszkałe w większości przez ludność prawosławną, którą wysiedlono. W prawie nie zamieszkałej Jabłonicy Ruskiej mamy planowany postój i gorący posiłek na terenie ośrodka wypoczynkowego. Odpoczywając widzimy na szosie podjeżdżający radiowóz, no tak, w pobliżu jest prom na Sanie. Jednak po kilku minutach policja odjeżdża w tylko sobie znanym kierunku. My zaś pomykamy w kierunku Ulucza, gdzie jest położona wysoko w lesie nad wsią dobrze zachowana cerkiew i cmentarz. Dalej droga prowadzi dworską aleją do Dobrej i mostem przez San do Hłomczy. Pętla rajdu się zamknęła, jeszcze tylko kilka kilometrów i jesteśmy w domu. Wieczorem kolacja, a po niej rozpoczynają się tańce, przygrywa kapela z pobliskiej wsi.

 

Rajd Monster Trackiem dla odważnych

 

Niedziela to dzień na własne pomysły, część z nas jedzie rowerami w kierunku Tyrawy Wołoskiej, a po powrocie właściciel ośrodka zaprasza nas na rajd Monster Trackiem po pobliskich drogach i polach. Z duszą na ramieniu jedziemy w kabinie potwora, która przypomina klatkę, trzymając się rur ochronnych, pomiatani na zakrętach i wertepach. Po drodze zatrzymujemy się przy bodaj ostatnim czynnym źródle solanki, od której to wzięła nazwę miejscowość i okoliczne Góry Słonne. Po południu rozjeżdżamy się do domów, pogoda i humory dopisały, a przed nami całe wakacje.

 

Autor:

Grażyna Jarecka

Wiceprezes Oddziału SITPNiG w Tarnowie

Przewodnicząca Koła SITPNiG w Rzeszowie